Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Włóczykij
Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy
Zaskoczenie, co? Dwie notki w jeden wieczór. A tematy w główce buzują i domagają się ujścia. Ale jak tu, kiedy tu pisać, gdy na dworze włóczykijowskie klimaty. Jutro łażę (relacja będzie, a jakże), dzisiaj siedzę i nadganiam pisanie.
Dzisiaj – pierwsze koszenie trawy. Ponieważ od pewnego czasu gonię wczorajszy dzień (co czytelnicy tego bloga wiedzą m.in. z ostatnich dramatycznych notek) – koszenie mocno, o co najmniej kilka tygodni spóźnione w stosunku do potrzeb. Nie wiem, jak ta kosiarka to wytrzymuje (bo ja – to twarda jestem). To nawet nie jest tylko trawa. To wszelka możliwa roślinność nie-uprawiana, lecz samoczynnie rosnąca. Na czele z upartymi korzeniowymi odrostami drzew i krzewów. Póki łodyżki miękkie, zielone – kosiarka daje im radę. Gdy zdrewnieją – trzeba pojedynczo, sekatorem. Mój duchowy brat, którego zawsze w myślach pozdrawiam ocierając zalane potem oczy i walcząc z nimi – to oczywiście Mały Książę usuwający systematycznie baobaby i pielęgnujący Różę. Ale co to ma do rzeczy odnośnie tytułu dzisiejszej notki?... Ha! Może i ma.
Przeglądam prasę – to mój codzienny rytuał – i co widzę. Jeśli tylko jakakolwiek gazeta ma kącik kulinarny, to od maja do września króluje w niej nieodparcie jedno – GRILLOWANIE. Cała Polska grilluje. Wszyscy normalni ludzie posiadający choćby skrawek zielonego trawnika spędzają wolny czas, weekend, GRILLUJĄC – oczywiście, a jakże, w gronie krewnych, przyjaciół, sąsiadów. Każdy normalny człowiek uważa taki sposób spędzania wolnego czasu za przyjemny odpoczynek, miłe hobby, prawdziwą odskocznię od codziennego znoju. Czasopisma prześcigają się w polecaniu najlepszych przepisów na potrawy z grilla. W omawianiu najlepszych grilli, węgla do grilla, grillowego savoir-vivre’u.
Przez dłuższy czas jakoś nie zwracałam na to specjalnej uwagi. Ostatnio jednak uświadomiłam sobie pełen zgrozy fakt – MY NIE MAMY GRILLA!!! No chyba się załamię – kolejna rzecz, której nie mamy i której nie praktykujemy, jak każdy normalny człowiek to czyni.
Od 20 lat bywamy w podmiejskiej posiadłości, która dawniej należała do mojego Dziadka i Babci, teraz należy do Mamy. Posiadłość ma 2000 metrów kwadratowych z hakiem. A że sam dom jest skromniutki, to wokół pyszni się wielki ogród. I przez te 20 lat robiliśmy tam tysiące różnych rzeczy, a nigdy nie poczuliśmy potrzeby POSIADANIA GRILLA!!! Na ogół bywa tak, że robimy to i owo (pisywałam o tym tutaj od czasu do czasu), natomiast gdy chce nam się jeść, to albo wchodzimy do domu i jemy to samo, co zwykle codziennie jadamy, albo zabieramy tenże zwykły obiad/podwieczorek na dwór, ustawiamy ogrodowe meble i pod drzewem go konsumujemy.
Od czasu do czasu rozpalamy pod wieczór zwykłe, tradycyjne ognisko (zawsze jakieś paprochy do spalenia się znajdą, w tym moje obsesyjne witki brzozowe), i na kijku pieczemy kiełbaski.
Dlaczego ja nigdy dotąd nie uświadomiłam sobie, że normalne społeczeństwo robi inaczej! Robi tak: spotyka się grono osób, które pragną odpocząć, zrelaksować się, porozmawiać. Pan domu obsługuje grill. Na pewno towarzyszą temu takie czy inne napoje wyskokowe. Wystawione są meble ogrodowe, parasole, różne akcesoria. Może nawet muzyczka! Ludzie siedzą i jedzą tłuste kiełbasy. Jest im bardzo przyjemnie. Grillowane przysmaki wprost rozpływają się w ustach. Trochę poplotkują, ponarzekają na ustrój, na pogodę…
Dlaczego ja tego nie robię? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. To teraz się zastanowię. W końcu kiedyś trzeba.
Po pierwsze – gdy jestem na terenie posiadłości w weekend, to jestem : maksymalnie rozczochrana, upaprana ziemią/trawą/kurzem, ubrana w stare szmaty, albo paraduję w samej bieliźnie gdy gorąco i dobrze mi z tym. Wspaniale! Przy grillu w takim wydaniu jak wyżej opisałam, byłoby to niemożliwe.
Po drugie: gdy jestem na terenie posiadłości, to lubię albo zajmować się pracą fizyczną (vide koszenie i te klimaty) albo leżeć martwym bykiem z gazetą pod drzewem, albo w ostateczności pograć w badmintona. Przy grillu byłoby to niemożliwe (gdyż należy konwersować z przybyłymi współ-grillującymi i pełnić honory domu).
Po trzecie – tak, uwielbiam jeść. Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby pretekstem towarzyskich spotkań czynić spożywanie kiełbas/miąs wszelakich. Chyba nie bardzo umiem czynić z jedzenia rytuał. A grillowanie to jest nic innego tylko właśnie rytuał, skupiający ludzi… Nie ma tam miejsca dla tych, co akurat nie są głodni, co nie jadają o tej porze, wegetarian, odchudzających się, lub tych, którzy woleliby czereśnie prosto z drzewa… Wprost nie wypadałoby się do tego przyznać! I czyż ktoś się przyznaje?
Po czwarte… nie wiem, co można jeszcze dodać. I co gorsza, nie wiem, co teraz robić? Dopóki żyłam w błogiej nieświadomości, było dobrze. Teraz, kiedy uświadomiłam sobie, że znowu jestem aspołeczna, dziwaczna – moje myśli zaczynają wirować wokół tego zagadnienia. Czy cała ta notka nie będzie poczytana za wyraz snobizmu? Uff, ile zagrożeń!
I piszę to bez krzty ironii. Mam takie oto doświadczenia: jest taki jeden portal internetowy, w którym pisuję na forum od trzech i pół roku. Mam na koncie prawie 1500 wypowiedzi na wszelkie możliwe tematy. Zauważyłam, że niemal za każdym razem, gdy napomknę, że w moim życiu dzieje się tak a tak, albo gdy napiszę, że ja robię/uważam tak a tak, i jest to niezgodne z podglądami czy obyczajami większości forumowiczów, to zaczyna się ten sam scenariusz. Scenariusz
„huzia na Józia”. Czyli lawina postów, w których twierdzi się, że :
- ja uważam się za kogoś „lepszego”, bo postępuje inaczej niż większość
- ja uważam za głupków tych, którzy postępują/sądzą inaczej
- ja ironizuję i poniżam tych, którzy się ze mną nie zgadzają
Nic, ale to nic nie pomaga stosowanie przeze mnie złotej zasady zalecanej przez psychologów, aby zawsze mówić
„ja robię tak”, a nigdy
„ty robisz inaczej, a więc źle”. Mimo, iż trzymam się tej zasady, jestem atakowana. Nawet gdy na przykład oznajmiłam, że mam wyjątkowo zdrową Córkę, to wniosek był jeden :
„aha, znowu chce być lepsza, znowu się popisuje (tym co wcale nie jest jej zasługą), znowu daje nam do zrozumienia, że jesteśmy gorszymi matkami, a nasze – chorujące - dzieci są do niczego”.
Tak moi drodzy. Dlaczego Wam o tym piszę? Bo byłoby mi przykro, gdyby ktokolwiek w czytelników tego bloga wysnuł następujący wniosek:
„Aha - czyli jak ja lubię grillować co niedziela, to Włóczykij ma mnie za idiotę”. He, he – nic z tych rzeczy; powiem więcej - możecie mnie nawet zaprosić. W gruncie rzeczy tłustą kiełbachę bardzo lubię o każdej porze dnia i nocy.
wloczykij 26/05/2007 21:49:32 [
Powrót]
Komentuj
jeśli Cię atakują - mają problemy emocjonalne :) zawsze znajdą się ludzie wciskający słowa, których się nie powiedziało. nie przejmuj się, nie zmieniaj idź przez życie z podniesionym czołem (i nie zadartym nosem ;)) trzymam kciuki. a grilowanie? fajna sprawa, może kiedyś zainwestujesz w urządzenie i zaczniesz się upodabniać do innych ;) ale nie zmuszam!
pozdrawiam!
Ewa 29/05/2007 21:48:33
| brak www IP: 62.21.61.139
| Moony by
Marauders dla
wloczykij |